Miałam odkryć kim jestem. Jednak okazało się to trudniejsze niż myślałam, ale wielu rzeczy się dowiedziałam. O wielu sprawach zadecydowałam.
Wróciłam do OCD (zaburzenie obsesyjno-kompulsywne). Jest mi z tym dobrze, chociaż wiem, że przez to tracę dużo. Nerwy spowodowane prostymi rzeczami jak np. przypadkowe dotknięcie się jakiegoś zakurzonego przedmiotu są ciężkie do zniesienia, ale wytrzymuję to. Całość rekompensuje to uczucie spokoju, kiedy jestem w swoim pokoju, czysta i uśmiechnięta.
Ostatnio z dietą jest dużo lepiej. Mimo, że mam ferie i siedzę cały czas w domu, zajmuję się wieloma rzeczami, które zajmują mnie i nie mam czasu na to, żeby jeść. Albo po prostu nie mam na to ochoty, bo siedzę sama w swoim pokoju i nie widzę żarcia. Jedyne do jakiego mam dostęp u siebie to gumy miętowe. I dobrze. Rano zaczynam od kawy. Czasem do tego herbatniki, ale tylko po 2 lub 3. Potem obiad, a wieczorem walka ze sobą, żeby czegoś nie jeść. Ogólnie jestem zadowolona, bo uczę się nareszcie opanowywać mój apetyt. Udaje mi się to dzięki mojemu nowemu spojrzeniu na to wszystko. Teraz już nie widzę odchudzania jako zmniejszających się cyferkach na wadze i małym bilansie. Teraz nareszcie wiem, po co to robię. W lustrze widzę tłuszcz. To co powoduje, że moja skóra jest obwisła od tłuszczu spływającego spod skóry powoduje u mnie odrazę. Teraz w końcu czuję, że jestem gruba, a nie tylko widzę. Nie chcę tego, więc jem mało. Od poniedziałku jest cudownie. Jem bardzo mało, ćwiczę i czuję, że to działa. Potem w czwartek po południu nachodzą mnie myśli, że mogę sobie na coś pozwolić i się zaczyna, bo "już spierdoliłam". Czwartek nadrabia poprzednie 3 dni głodowania. W piątek jest znowu źle. Jest ciężko, bo znowu ciągnie mnie do jedzenia, ale walczę. Nie mogę się poddać. Jeszcze weekend, tydzień ferii, 4 dni i koniec lutego. Jak teraz się nie postaram, nie uda mi się dojść do 74. Muszę tego dokonać. Bardzo chciałabym tyle mieć, ale nie chcę wchodzić na wagę. Boję się tego, co zobaczę. Możecie pomyśleć, że to tylko 3kg, a przy mojej wadze powinno zejść raz dwa. Może i tak, ale pierwsze dni lutego to były ciągłe napady i nadrobiłam dużo. Ostatnio jak się ważyłam (około ostatniej notki) widziałam 79kg. Czyli muszę na serio zwalić 5kg przez ferie. Będzie ciężko. Jest ciężko. Kusi mnie kolacja, którą mama przygotowała, ale staram się. Jak dzisiaj się uda, jutro będzie łatwiej. Trzymajcie kciuki!
Odwiedzę Was za chwilkę :*
Wróciłam do OCD (zaburzenie obsesyjno-kompulsywne). Jest mi z tym dobrze, chociaż wiem, że przez to tracę dużo. Nerwy spowodowane prostymi rzeczami jak np. przypadkowe dotknięcie się jakiegoś zakurzonego przedmiotu są ciężkie do zniesienia, ale wytrzymuję to. Całość rekompensuje to uczucie spokoju, kiedy jestem w swoim pokoju, czysta i uśmiechnięta.
Ostatnio z dietą jest dużo lepiej. Mimo, że mam ferie i siedzę cały czas w domu, zajmuję się wieloma rzeczami, które zajmują mnie i nie mam czasu na to, żeby jeść. Albo po prostu nie mam na to ochoty, bo siedzę sama w swoim pokoju i nie widzę żarcia. Jedyne do jakiego mam dostęp u siebie to gumy miętowe. I dobrze. Rano zaczynam od kawy. Czasem do tego herbatniki, ale tylko po 2 lub 3. Potem obiad, a wieczorem walka ze sobą, żeby czegoś nie jeść. Ogólnie jestem zadowolona, bo uczę się nareszcie opanowywać mój apetyt. Udaje mi się to dzięki mojemu nowemu spojrzeniu na to wszystko. Teraz już nie widzę odchudzania jako zmniejszających się cyferkach na wadze i małym bilansie. Teraz nareszcie wiem, po co to robię. W lustrze widzę tłuszcz. To co powoduje, że moja skóra jest obwisła od tłuszczu spływającego spod skóry powoduje u mnie odrazę. Teraz w końcu czuję, że jestem gruba, a nie tylko widzę. Nie chcę tego, więc jem mało. Od poniedziałku jest cudownie. Jem bardzo mało, ćwiczę i czuję, że to działa. Potem w czwartek po południu nachodzą mnie myśli, że mogę sobie na coś pozwolić i się zaczyna, bo "już spierdoliłam". Czwartek nadrabia poprzednie 3 dni głodowania. W piątek jest znowu źle. Jest ciężko, bo znowu ciągnie mnie do jedzenia, ale walczę. Nie mogę się poddać. Jeszcze weekend, tydzień ferii, 4 dni i koniec lutego. Jak teraz się nie postaram, nie uda mi się dojść do 74. Muszę tego dokonać. Bardzo chciałabym tyle mieć, ale nie chcę wchodzić na wagę. Boję się tego, co zobaczę. Możecie pomyśleć, że to tylko 3kg, a przy mojej wadze powinno zejść raz dwa. Może i tak, ale pierwsze dni lutego to były ciągłe napady i nadrobiłam dużo. Ostatnio jak się ważyłam (około ostatniej notki) widziałam 79kg. Czyli muszę na serio zwalić 5kg przez ferie. Będzie ciężko. Jest ciężko. Kusi mnie kolacja, którą mama przygotowała, ale staram się. Jak dzisiaj się uda, jutro będzie łatwiej. Trzymajcie kciuki!
Odwiedzę Was za chwilkę :*



